Tlo MS 4-5

Usunąć pewne nieporozumienie, czyli nacjonalizm jest personalizmem

Teza o wzajemnym, istotnym związku nacjonalizmu, czy szerzej – idei narodowej (nacjonalizm rozumiem tutaj szeroko, neutralnie, jako sposób myślenia o polityce, w którym rolę naczelną odgrywa kategoria narodu) – z refleksją personalistyczną, dla wielu zabrzmi jak paradoks. Wynika to, jak zwykle, z różnorakich „nawarstwień” historycznych i konfliktów między ludźmi, po prostu z faktu, nieco upraszczając, że personaliści i nacjonaliści za bardzo za sobą nie przepadają. Jacques Maritain, najwybitniejszy bodaj personalista dwudziestego wieku, przez długi czas (bo nie do końca życia) odnosił się do idei narodowej z wrogością, przeciwstawiając ją personalizmowi. Pomogli mu w tym (ciekawostka) niezawodni Polacy, przedstawiciele szeroko pojętego nurtu katolicko-narodowego, którzy na Kongresie Filozofii Tomistycznej zorganizowanym w 1935 w Poznaniu, na którym francuski maitre wygłosił referat, zareagowali na jego postępowe (w dobrym tego słowa znaczeniu) poglądy na sprawy społeczne wrogością i szyderstwem, jak niezawodnie bucowaty Józef Maria Bocheński podrwiwając, że „przyjechał Francuz Polaków pouczać” albo, z wrodzonym naszym narodowcom wdziękiem, wytykając Maritainowi, że poślubił Żydówkę. Niewątpliwie, podobny klimat utrudnia nieco rzeczową dyskusję. A jednak, chodzi tutaj naprawdę wyłącznie o przygodne zgrzyty, a nie o istotę rzeczy, z której to istoty punktu sprawa okazuje się bardzo prosta i krystalicznie logiczna.

Co to jest personalizm? Zdefiniować go można z grubsza jako pewien sposób widzenia człowieka, który na pierwszym miejscu stawia jego szeroko pojętą niezależność od świata, jego zdolność transcendowania świata – zdolność do „obejmowania” materialnej rzeczywistości swoim bytem poprzez poznanie (rozum) oraz decyzję (wola). W sensie ogólnym, jest to postawa w kulturze europejskiej bardzo rozpowszechniona. Już od czasów antycznych dostrzegano w człowieku dwa wymiary: nędzy (zależności) i wielkości (właśnie nie-zależności). Posiadano świadomość, że człowiek, przy całej swojej małości, nosi w sobie ową „iskrę”, która czyni go poniekąd „obcym” w całym świecie, jaki go otacza i może otaczać. Świadomość, niepozbawiona pewnej dozy tragizmu, tego „nieprzystawania” człowieka i świata, owej dziwnej a uciążliwej nieraz w pewnym sensie wyższości człowieka nad rzeczywistością fizyczną, da się zaobserwować u niezliczonej niemal ilości europejskich filozofów (Stanisław Kowalczyk śledzi rozwój personalizmu już bodaj od Platona, a może Sokratesa), a także „wysłyszeć”, jako rodzaj „personalistycznego czucia” w najlepszych dziełach europejskiej sztuki. Wstępnie jednak, świadomość ta była jak gdyby „uboczna”, odkrywała rolę swego rodzaju „ciernia” w generalnie twardej i realistycznej świadomości radykalnego uwarunkowania życia ludzkiego, człowieka jako części: świata, rodziny, wspólnoty politycznej. Pozwalała „luzować” nieco sztywne ramy funkcjonowania tych wspólnot, niemniej jeszcze ich nie rozerwała. Ten stan rzeczy zaczął ulegać zmianie dopiero w wieku osiemnastym, a jeszcze pełniej w dziewiętnastym, wraz z nastaniem ery „romantycznej” w kulturze. Poeci romantyczni, piewcy buntu, wolności i indywidualnej „nieprzystawalności”, przy wszystkich intelektualnych niedociągnięciach swoich poglądów, nazwani być muszą pierwszymi personalistami sensu-proprio. Romantyzm rzecz jasna, jako ruch czerpał z myśli Jana Jakuba Rousseau, który pierwszy wyniósł na pierwsze miejsce ideał autentyzmu w miejsce ideału porządku, ideał indywidualnego sumienia w miejsce formacji społecznej, ideał egzystencjalnego spełnienia w miejsce pełnienia społecznie użytecznej funkcji. W tym sensie, to on właśnie nazwany być może (o czym piszę nieco tentatywnie, bo dla wielu to wprost herezja) ojcem personalizmu europejskiego. Czy tak czy inaczej właśnie, od tamtej epoki – jak powiedzieliśmy – zaczyna się w historii postawy czy myśli personalistycznej swego rodzaju „zwrot świadomościowy”, wspomożony dodatkowo przez niezwykły postęp technologiczny dziewiętnastego stulecia. Seria zwycięstw nad żywiołami natury pomaga uczynić ostateczny krok: od tej chwili, to nie człowiek ma być „skrajany” na miarę świata i społeczeństwa, ale przeciwnie: wszystko to, co pod-osobowe, społeczeństwo, kultura, wreszcie przyroda nawet, ma być przetwarzane i ukierunkowywane w taki sposób, aby służyło osobie i jej energiom. Najlepsze dotąd, jak powiedzieliśmy, sformułowanie znalazł ten pogląd, a właściwie ta postawa, ta intuicja (a nie jest to przypadek), w filozofii katolickiej, w personalizmie, czy humanizmie integralnym, Jacques’a Maritaina, z klasycznym jego rozróżnieniem osoby i jednostki czy osoby i „osobnika”. Na gruncie polskim, niezwykle ciekawą intelektualną artykulację personalizmu sporządził na przykład ksiądz Czesław Bartnik.

Nietrudno zauważyć, że na pierwszy rzut oka, nacjonalizm jest z personalizmem nie do pogodzenia, w naturalny sposób akcentując rolę wspólnoty i determinacji. Naród jest grupą i jest w pewien sposób „dany”, rodzimy się „we” własnym narodzie. Czyż personalizm, deprecjonujący rolę wspólnoty na rzecz roli osoby, może mieć z tym coś wspólnego? Taka wątpliwość wynika jednak z błędnego rozumienia sprawy. Jakkolwiek bowiem personalizm akcentuje fakt autonomii osoby, fakt jej „całościowości”, nie podrzędnej, a równo-rzędnej wobec innych wyodrębinalnych filozoficznie całości, to nie czyni tego wyłącznie, w sposób absolutystyczny. Jak powiedzieliśmy bowiem, intuicja personalistyczna bierze się nie z samego doświadczenia wolności, ale właśnie wolności i nie-wolności, auto-determinacji i determinacji zewnętrznej, wielkości, ale i nędzy. Tym właśnie różni się od tak zwanego (oczywiście jest to dość dowolne użycie tej kategorii) „indywidualizmu”. Życie osoby nie dokonuje się w próżni. Istnienie zatem pewnych „uprzednich” grup nadających człowiekowi tożsamości, zanim on sam zdoła ją ując i wytworzyć, nie jest zanegowane, ale przeciwnie: zakładane przez myśl personalistyczną. Najlepiej widać to u samego Maritaina. Według tego filozofa, życie społeczne „podzielić” można na dwa wymiary: społeczeństwo (czyli efekt świadomej, osobowej decyzji, wynikającej z rozumnego rozpoznania dobra wspólnego) i społeczność, czyli właśnie pewien fakt, pewną grupę uprzednio daną. I choć społeczeństwo sensu stricto odgrywa rolę ważniejszą, to społeczność nie znika – i zniknąć nie może. Człowiek bez społeczności, która by go mogła wychować, podobnie jak na przykład człowiek bez ciała, to czysty werbalny nonsens. Tym zatem, co trzeba z perspektywy personalistycznej „zrobić” ze społecznością, to nie ją zlikwidować, ale transformować – prze-twarzać właśnie, wysiłkiem intelektualnym i moralnym, aż stanie się najlepszą materią, nośnikiem, bazą jakby dla życia osobowego. No i teraz można po prostu zaznaczyć, że najlepszym, najbardziej zaawansowanym i najbardziej personalistycznym typem społeczności, jaką człowiek kiedykolwiek wytworzył, jest właśnie naród. Wynika to z obserwowanego przez wielu filozofów, na przykład Feliksa Konecznego, szczególnego udziału w tożsamości narodowej świadomie podtrzymywanej, egzystencjalnej decyzji (a więc wolności w sensie głębszym). „Rodzimy” się we własnym narodzie, owszem, niemniej narodowość taka czysto dana, przekazana przez tradycję, rodzinę i instytucje kultury, jest narodowością niepełną, jak gdyby w stanie zarodkowym, co najlepiej rozpoznaje się z faktu, że nie może owocować, jest kulturowo jałowa. Tożsamość narodowa osiąga pełnię dopiero wtedy, gdy staje się właśnie „świadomością” narodową, staje się pewnym wybranym i świadomie podtrzymywanym sposobem myślenia i działania: myślenia „z” narodem i „dla” narodu, a także poniekąd „w” narodzie, to znaczy: w żywym dialogu z dziedzictwem jego kultury. Jest to poniekąd analogia „wolności synowskiej” z listów św. Jana. Naród i jego dziedzictwo staje się w pełnym tego słowa znaczeniu „moje”, tak jak ja jestem poniekąd „ich”, zachodzi pewna równość, sprawiająca, że mam wobec kultury rodzimej obowiązki nie tylko afirmacji, ale i krytyki, że – w zgodzie z własnym rozumem i sumieniem – obowiązkiem moim właśnie jako (jak się mówiło w dziewiętnastym wieku) „człowieka narodowego” jest nie tylko zachowywać kulturę narodu, ale i ją zmieniać tak, aby stawała się coraz bardziej ludzka, coraz bardziej humanistyczna. Najlepiej wyraził to, a nie tylko słowami, ale i całym życiem, wielki narodowiec angielski Gilbert Keith Chesterton, gdy „powiedział” (całym sobą), że prawdziwego patriotę poznaje się nie po tym, jak własną ojczyznę uwielbia, ale jak ją krytykuje. Naród jest więc społecznością naturalnie jak gdyby „otwartą”, proto-personalistyczną, a i ze względu właśnie na ważką rolę indywidualnego sumienia i rozumu, wewnętrznie i dogłębnie pluralistyczną, oczywiście nie w sensie, w jakim rozumie się dzisiaj ten zwrot na liberalnym froncie. Jedność narodu to nie „jednakowość” plemienia, ale żywy dialog wyrosłych w nim osób, które – ponieważ myślą za siebie – z konieczności (de facto, nawet jeśli nie de natura) się ze sobą w pewnych punktach intelektualnie różnią. Chodzi tylko o to, aby dialog ten, jako zapośredniczony przez rzeczywistość narodową, służył rzeczywistości tej podtrzymaniu i rozwijaniu, a nie zniszczeniu. Debata publiczna w ramach jednej narodowości ma swoje granice, niemniej jest to sprawa zupełnie naturalna (dyskusja bez granic to dyskusja ad absurdum).

Z tego wynika, że, po pierwsze, należy jednoznacznie potępić jako wypaczające ideę narodową wszystkie te do niej nawiązania (a mamy ich dużo w naszym kontekście polskim), które wykazują tendencje autorytarne, szowinistyczne bądź „szowinizujące”, rasistowskie, czy występują otwarcie przeciwko idei praw człowieka, a właściwie praw osoby (oczywiście nie mówimy tu o symplistycznym ujęciu praw człowieka z czasów rewolucji francuskiej, ale o prawach człowieka w jej rzeczywistej i metafizycznej treści). Oczywiście, znów staje nam na drodze historia, pokazująca, ze wiele było nacjonalizmów w ten sposób wypaczonych, niemniej – należy jeszcze raz podkreślić – z filozoficznego punktu widzenia nawet największa ilość faktów historycznych nic nie zmienia, liczy się bowiem istota i to, co istotnie ważne. Dla takich wypaczeń, choćby były w większości, w dobrze pojętym nurcie myślenia narodowego, miejsca być nie powinno. Z drugiej strony (pozwolę sobie zakończyć banałem), należy dołożyć wszelkich starań, aby jak gdyby te tendencje „odwrócone”, zachodzące „z drugiej strony” również obnażyć w ich fałszu i intelektualnie „wygaszać” w debacie publicznej. Niżej podpisany dobrze wie, że dziś jakakolwiek próba na przykład uzasadnienia pewnych kierunków badawczych z dziedziny literatury z faktu, że służą one rozwojowi tożsamości narodowej, może posłużyć jako pretekst do oskarżenia niemalże o faszyzm. Wszyscy wiemy, jakie są przyczyny tego stanu rzeczy. Niezależnie jednak od tego, rzeczywistość ma swoje prawa, i można żywić zasadną nadzieję, że pokazanie idei narodowej w jej pełnej treści i ze wszystkimi konsekwencjami będzie dla ogółu społecznego bardziej atrakcyjne, niż abstrakcyjny, kosmopolityczny bełkot, którym zalewa się obecnie młode pokolenie. W tym sensie, dwa wymiary naszej („jakieś-my”?) potrzebnej „akcji bezpośredniej”, wewnętrznej i zewnętrznej, się łączą. Ja osobiście wierzę, że idea narodowa ma przyszłość, pod warunkiem, że stanie się na wysokości filozoficznego zadania i odrzucając powierzchowne uprzedzenia wytłumaczy wszystkim ten oto ideowy manifest: nacjonalizm jest personalizmem (przynajmniej w pewnym sensie).

Maciej Sobiech
Tags: No tags

Comments are closed.