Chesterton 2-3

Dogonić ZSRR

Choć nie da się ukryć, że z biednego Jana Jakuba zrobiono, wbrew faktom, jakieś karykaturalne monstrum nędzy i niegodziwości, to jego uczynek w pewnym sensie naprawdę stanowi figurę słabej i sentymentalnej moralności naszego czasu. (…) Oddając własne dziecko publicznej instytucji, bezwiednie stał się współuczestnikiem zbrodni młodszego pokolenia; i stanął po stronie tak zwanych „sił postępu”, służąc za przykład ludziom znacznie mniej ludzkim, niż on.

[Ten konkretny tekst odnosi się do reformy prawa rodzinnego, jaka miała miejsce w ZSRR w roku 1936. Towarzysz Józef Stalin z niepokojem spoglądał na zapaść demograficzną swojej socjalistycznej ojczyzny. Zdelegalizowano aborcję, spowolniono procedurę rozwodową, wprowadzono różnorakie zasiłki i ułatwienia (na przykład urlop macierzyński i stosunkowo wysokie zasiłki) dla matek i rodzin wielodzietnych. Państwo zaczęło prowadzić także szeroko zakrojoną, pro-rodzinną kampanię propagandową. – Tłumacz]

Wydaje się, że państwo bolszewickie zostało przez okoliczności zmuszone do poczynienia pewnych kroków na drodze do odrodzenia instytucji rodziny; i cóż, pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że państwo kapitalistyczne już niedługo również podejmie się tego trudnego zadania. Bo w tej kwestii, możemy z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, wszyscyśmy zbłądzili jak owce1; i „jak owce” to znakomita metafora. Tym, co najbardziej uderza mnie we współczesnym odejściu od ideału rodziny, to fakt, że ludzie od niego naprawdę odchodzą, nawet nie odbiegają; że to kwestia mody raczej, niż pozytywnej herezji; że, słowem, każdy to robi nie ze względu na osobiste przekonanie, tylko bo wszyscy inni też tak robią. Owce nie podążają za pasterzem, nawet najbardziej przebiegłym i niegodziwym; owce idą tam, gdzie idą wszystkie inne owce. Wiemy, rzecz jasna, bardzo dobrze, że niektóre nasze baranki, te, które bardzo lubią się popisywać, urządziły sobie ostatnio zawody w obnoszeniu się z oryginalnością i lekceważeniem dla normalnej moralności. Ale niewiele trafiło nam się prawdziwych wilków w owczej skórze. Raczej jakieś pożałowania godne parodie wilków w owczej skórze. Przeróżnej maści inteligenci z przedmieścia, ludzie, którzy wstydzą się spóźnić na pociąg czy zmienić pracę, robili z siebie w powieściach i sztukach teatralnych potwory, zdolne zamordować żonę czy matkę w geście protestu przeciwko opresji małżeństwa bądź ogólnej beznadziei życia. Istotnie, wielu widzieliśmy ostatnio ludzi udających wilka; ale nie, powtarzam, wilków udających owce. Czy tak czy inaczej wszakże, istotny punkt jest taki, że żaden z twórców, o których mówimy, nie zdołał zrzucić jarzma współczesnych mód i kaprysów. Żaden nie wrócił do normalnych pryncypiów czy chociaż normalnych problemów. Bo nikt przecież nie wątpił nigdy, że małżeństwo to problem; od zarania ludzkiej literatury i legendy dramat życia małżeńskiego to sztuka problemowa; ale sztuka problemowa o charakterze komicznym. Bo i kwestia jest tak bliska życiu, tak wszechobecna, że nie da się o niej normalnie rozmawiać, jeśli nie potraktuje się jej choć trochę z przymrużeniem oka. Większość z zaangażowanych społecznie dramaturgów współczesności zdołała zaś osiągnąć co najwyżej tyle, że w ich rękach komedia małżeństwa przestała być śmieszna. Jeżeli o to chodzi, to znaczy: na ile próbowali pokazać, że ten problem istotnie jest problematyczny, nowocześni literaci czynili to zazwyczaj z dużą swobodą, by nie powiedzieć: swobodą poetycką. Kilkoro intelektualistów zaczęło zachowywać się – na pewno nie jak wilki, ale inne stworzenia; kompletni wariaci, plotący najgorsze głupoty jak szalona papuga. A jednak, kiedy od pokazywania problemu trzeba było przejść do rozwiązania problemu, papugi wolały iść za owczym pędem. Dali się ostrzyc do skóry, potulne owieczki, baranki na rzeź prowadzone; zapewne dlatego, że nigdy nie pomyśleli nawet o tym, jak ten problem rozwiązać, czy że w ogóle wypadałoby go jakoś rozwiązać. Stado owiec zaczyna uciekać jeżeli zaszczeka na nie choćby jeden mały piesek. I każdy, kto to widział, wie, jak szybko i sprawnie owce uciekają. Nie mają jednak zielonego pojęcia gdzie uciekają.

Bo, jak by nie spojrzeć, nie da się ukryć, że we współczesnej debacie na temat instytucji rodziny niemal nikt nie podjął naprawdę kwestii alternatyw dla instytucji rodziny. A jedyną taką realną alternatywą jest państwo. Nawet zakładając, że najbardziej skrajna szkoła współczesnej anarchii zdołałaby pogrążyć świat w, jak moglibyśmy powiedzieć, permanentnych rozruchach rozwiązłości, skutkiem byłoby tu najwyżej to, że całe nowe pokolenie stałoby się zależne od jedynej struktury, zdolnej jeszcze wziąć za nie odpowiedzialność. Wiele możemy czytać wciąż taniego i niesprawiedliwego moralizowania na temat, że biedny Rousseau zostawił swoje dzieci w przytułku. Ale trzeba przyznać przynajmniej tyle, że Rousseau, choć nie chciał wziąć odpowiedzialności za własne dzieci, na pewno brał ją za własne uczynki. Jedynym naprawdę chrześcijańskim elementem dojrzałej umysłowości Russa był ten, który znalazł wyraz w tytule jego najsłynniejszej książki – „Wyznań”. Każdy poważny człowiek osądzając jakieś przestępstwo powinien bowiem umieć zapytać samego siebie nie tylko, czy sam nie byłby zdolny go popełnić – ale, gdyby je popełnił, czy znalazłby odwagę, aby wyznać, że je popełnił. Ale choć nie da się ukryć, że z biednego Jana Jakuba zrobiono, wbrew faktom, jakieś karykaturalne monstrum nędzy i niegodziwości, to jego uczynek w pewnym sensie naprawdę stanowi figurę słabej i sentymentalnej moralności naszego czasu. To, co zrobił, nie było tak złe i niewybaczalne, jak chcieliby tego jego najzagorzalsi przeciwnicy; ale jednak zrobił w życiu przynajmniej jedną rzecz naprawdę złą i niewybaczalną; stworzył system współczesny – czy raczej współczesną asystemowość. Oddając własne dziecko publicznej instytucji, bezwiednie stał się współuczestnikiem zbrodni młodszego pokolenia; i stanął po stronie tak zwanych „sił postępu”, służąc za przykład ludziom znacznie mniej ludzkim, niż on. Własnym życiem zapowiedział ową straszliwą konsekwencję, jaką musi ponieść ludzkość za bezrefleksyjne „równouprawnienie płci”; którą to konsekwencją jest nie anarchia – a biurokracja.

Bo jeśli tylko zostawić mu odpowiednio dużo swobody, państwo natychmiast zamieni się w jeden wielki przytułek dla sierot. Jeśli rodziny nie będą odpowiedzialne za własne dzieci, urzędnicy staną się odpowiedzialni za cudze dzieci. Cała władza rodzicielska przejdzie w ich ręce; choćby tylko dlatego, że nie znajdzie się nikt inny, kto zwracałby uwagę na rzecz podobnie banalną i przyziemną, jak to, że oto przyszedł na świat niepowtarzalny, żywy człowiek. Życie ludzkie przejdzie w całości pod jurysdykcję państwa; państwa rzeczywiście totalitarnego. Wiem, że istnieją tacy, którzy twierdzą, że dobrze opłacani urzędnicy okażą dzieciom więcej ciepła, niż rodzice; trudno jednak określić, co miałoby być źródłem tej rozlewnej uczuciowości – no, chyba, że pieniądze. Ale przecież cała rzeczywistość, a może raczej cała smutna, współczesna rzeczywistość, świadczy aż nadto dobitnie o tym, że nawet duże pieniądze nie potrafią zapobiec pospolitej nudzie. Ci zaś, którym wydaje się, że dziećmi nie można się znudzić, niewiele wiedzą o dzieciach. Zawsze wracamy zatem ostatecznie do tego jednego, niezbitego argumentu z natury; że, po prostu, dziwnym jej zrządzeniem istnieją na świecie jedna czy dwie osoby, które nudzą się jakimś konkretnym, bardzo nudnym dzieckiem, mniej, niż cała reszta. Fundamentem rodziny jest zdrowy rozsądek; i żadna, nawet najbardziej gwałtowna reakcja przeciwko niej nie jest w stanie zaproponować niczego w zamian. Ci, którzy wygadują takie rzeczy, jak gdyby pracownicy państwowi mogli opiekować się dziećmi zmianowo albo każdego malucha dało się rozkawałkować na „aspekty wychowawcze” w wielkim laboratorium ekspertów, to zazwyczaj po prostu jedni z tych ludzi, którzy święcie wierzą, że na jednego obywatela może przypadać w państwie około dwudziestu urzędników. Nie, dziećmi nie da się zajmować „aspektowo”, jak dowiódł tego bardzo dawno temu król Salomon; i wcale nie trzeba, bo są na tym świecie ludzie bardzo chętni zająć się nimi w całości – i na pełny etat.

Dlatego też niniejszym wyrażam publicznie najwyższe uznanie dla wielkiego i wiekopomnego gestu towarzysza Stalina, który wyciągnął własną matkę z jednej z głębokich szuflad komunistycznego biurka i wzniósł ją wysoko, niby jakąś ikonę świętą, dla podźwignięcia serc rosyjskiego ludu. I z wielkim zainteresowaniem odnotowuję radę, jaką skierował do społeczeństwa Sowietów; że to, co trzeba zrobić, to przywrócić stabilność relacjom rodzinnym. Dlaczego ten przebiegły i jak wszystko na to wskazuje bezwzględnie cyniczny Gruzin zdecydował się na taką woltę, by nie powiedzieć: kontr-re-woltę? Otóż wydaje mi się, że dlatego, że on i jego owieczki doszli już do końca owej drogi, po której wloką się jeszcze niektóre z naszych baranków. Nie byłby to bynajmniej pierwszy wypadek, w którym komuniści zdecydowali się poświęcić dla zdrowego rozsądku nieco ze swego komunizmu. Zaczęli od tego, że nie powinno być na świecie żadnych wojen, a jeśli, to kadrę dowódczą należy wybierać w głosowaniach, tak aby nie było różnicy między szeregowcami a oficerami. Skończyli na tym, że stworzyli wielką Czerwoną Armię, zdolną przeciwstawić się Białej Armii; i szybko przywrócili w niej starą hierarchię stopni. Zaczęli od koncepcji, że należy zlikwidować własność prywatną i prześladowali i zniewolili w jej imię setki i tysiące chłopów; na koniec zaś uznali, że najlepiej będzie, jeśli zostawią chłopów i ich własność w świętym spokoju. No i tak też, kontynuując mimo trudności swój śmiały eksperyment, niedawno mogli na własnej skórze przekonać się, że rodzina to nie burżuazyjna iluzja, ale rzeczywistość; że nie ma dla niej substytutu; a na pewno nie stanowi owego substytutu ta ogromna i ogólna abstrakcja, jaką jest państwo. Jeśli tak faktycznie było, dobrze to świadczy to o bolszewikach; ale już nie o bolszewizmie. Oni przynajmniej zdołali odzyskać jeden element prawdziwego i pełnego życia. Oni przynajmniej naprawdę uczą się na własnych błędach. I jakże chciałbym mieć pewność, że nasza cywilizacja przemysłowa będzie umiała zrobić to samo.

Illustrated London News, 4.1.19362

Przeł. Maciej Sobiech
http://chestertonpolska.org/

1 Aluzja do Iz 53,6.

2  Illustrated London News było pierwszym (ukazującym się od 1842 roku!) ilustrowanym tygodnikiem informacyjnym na świecie. Chesterton rozpoczął z nim współpracę jako młody autor w roku 1905 – i nie zakończył jej aż do swojej śmierci w 1936. Jego cotygodniowe felietony ukazujące się bez tytułów w rubryce „Our Notebook” (pl. „nasz zeszyt”, „nasz notatnik”) zdobyły mu w Anglii gigantyczną popularność (dość powiedzieć, że znaczy odsetek czytelników ILN kupował gazetę wyłącznie dla nich) i stanowiły jak gdyby „warsztat” jego idei – niemal wszystkie tematy podjęte w formach bardziej rozwiniętych, książkowych, znalazły swój pierwszy wyraz właśnie w tych nieraz w pośpiechu pisanych, lekkich komentarzach do angielskiej codzienności. Ze względu na wielką swobodę twórczą, jaką redakcja Illustrated London News gwarantowała Chestertonowi, wielu z komentatorów twórczości tego autora uważa te teksty za najbardziej pod względem intelektualnym interesujące dokonanie w jego karierze pisarskiej. Studiowanie ich stanowi jedną z najmocniejszych „sprężyn” nowoczesnych i nieschematycznych badań nad myślą autora Ortodoksji i pozwala „odkryć” go na nowo, w świeżej perspektywie, młodszym pokoleniom.

Comments are closed.